Znowu kolekcjonuję LPS'y i generacja siódma


Ostatnio znów przypomniałam sobie o moich figurkach Littlest Pet Shop. Ale tym razem nie skończyło się jedynie na wyciągnięciu ich z szafy, pooglądaniu i odłożeniu na kolejne kilka miesięcy. Wręcz przeciwnie - zrobiłam dla nich specjalne miejsce w moim pokoju, tak aby były dobrze widoczne i podziwiane. Myślę, że wreszcie dostały to, na co zasłużyły, a czego nie miały przez te wszystkie lata leżenia w szafie czy szufladzie. Teraz, gdy tylko się obudzę, mogę na nie spojrzeć i przypomnieć sobie o moim dzieciństwie, w którym petszopy stale mi towarzyszyły. Cóż, to były zdecydowanie moje najbardziej ulubione zabawki ze wszystkich.

Jednocześnie do głowy wpadł mi pomysł, aby wrócić do kolekcjonowania ich. Szczególnie, że teraz znów jest to możliwe. Pomijając platformy podobne do Vinted czy OLX, gdzie dostępne są te pierwsze i zdecydowanie najlepsze figurki wszech czasów. Przecież teraz wychodzi generacja siódma, która w końcu bazuje na tych oryginalnych kształtach zwierzątek. I, szczerze mówiąc, wychodzi jej to naprawdę dobrze.

źródło

Widziałam wśród fanów figurek Littlest Pet Shop wiele dyskusji na temat ich jakości. Nietrudno zauważyć wiele negatywnych opinii, chociażby odnośnie użytego materiału czy kolorów. Jednak osobiście uważam, że Basic Fun, czyli z tego co się orientuję marce odpowiedzialnej obecnie za produkcję, wykonuje kawał bardzo dobrej roboty. Szczerze mówiąc, mi obecny wygląd petszopów podoba się chyba nawet bardziej, niż tych sprzed lat. Przede wszystkim są bardziej kolorowe i wydają mi się bardziej żywe i śliczne.

źródło

Rozumiem, dlaczego niektórym osobom może się to nie podobać, jednak ja jestem nimi zachwycona i naprawdę uważam, że są prześliczne. Bardzo lubię to, jak kolorowe i ciekawe są. Warto pamiętać o tym, że my, osoby nastoletnie i dorosłe, nie jesteśmy już głównymi odbiorcami. W końcu, mimo wszystko, nie są to figurki kolekcjonerskie, a zabawki dla dzieci. Które przecież lubią żywe kolory, prawda?

A jednak mam wrażenie, że nawet starsi kolekcjonerzy odnajdą się w generacji siódmej LPS'ów. Szczególnie, że Basic Fun odpowiada na krytykę i słucha oczekiwań swoich fanów. Można to zauważyć chociaż po sposobie malowania czy materiale, który tworzy głowy figurek. Według zagranicznych recenzji, jakość w serii trzeciej uległa stanowczej poprawie. A to bardzo ważne! Przypominam, że Hasbro przez wiele lat ignorowało to, co ludzie mieli do powiedzenia.

Również uwielbiam wszystkie nowości, jakie są wprowadzane razem z generacją siódmą. A mam na myśli karty kolekcjonerskie, przedstawiające nie tylko podobiznę zwierzątka, lecz także jego cechy. Wraz z figurkami dostajemy także monetę z kodem promocyjnym do gry na platformie Roblox. Za wykorzystanie go, dostajemy specjalny kod do wpisania w grze Littlest Pet Shop, który zapewnia nam, z tego co pamiętam, pieniądze oraz diamenty.

To ostatnie niestety odrobinę mnie zawiodło. To dlatego, że miałam nadzieję na możliwość gry z figurką, którą kupiłam. Myślę, że taka opcja byłaby znacznie lepsza i ucieszyłaby wiele osób.


Ciekawostkę mam taką, że materiał, z którego powstają najnowsze figurki, powstaje z recyklingu, a więc jest ekologiczny. Czy to nie świetne?

Tak jak już mówiłam, jestem bardzo zadowolona z tego, jak obecnie wyglądają petszopy i mam nadzieję, że będą wyglądały jedynie lepiej i lepiej. Myślę, że są na dobrej drodze, aby właśnie tak było. Ja zamierzam nadal je kupować.

Zestaw, który widzicie powyżej, będzie pierwszym większym, w który się zaopatrzę. Do tej pory mam tylko jedną figurkę z generacji siódmej, a mianowicie pelikana o numerze #11. Choć nie jest on idealny, uważam go za bardzo uroczego.

źródło

Dostępny on jest w blind boxach, czyli pudełkach niespodziankach. Jednak ja kupiłam go w Carrefourze w zwyczajnym opakowaniu pokazującym wnętrze. Nie mam pojęcia, dlaczego można go kupić w dwóch wersjach, niemniej jednak nie zamierzam narzekać.

Niestety ta figurka, a przynajmniej egzemplarz posiadany przeze mnie, nie jest idealny. Malowanie oczu nie jest zbyt dokładne, a przez białko w oczach przebija różowa baza. Na szczęście jednak widać to tylko i wyłącznie w tym miejscu, a cała reszta farby jest nałożona bardzo ładnie.





Również głowa jest znacznie bardziej miękka, niż w starych figurkach i łatwo jest ją zgnieść. Natomiast o tym nie miałam pojęcia, dopóki nie przeczytałam o tym na TikToku. Co udowadnia, że nie jest to coś co widać na pierwszy rzut oka. Również niespecjalnie to przeszkadza. Szczególnie, jeśli tak jak w moim przypadku, figurka ma przede wszystkim stać na półce i ładnie się prezentować.



Wszystkie te wady jednak nie sprawią, że mój pelikan przestanie mi się podobać. Nadal jestem zdania, że najnowsza generacja jest przepiękna i idzie w dobrą stronę z jakością. Obserwując nowe serie, które dopiero mają się ukazać, widzę zmiany, które są wprowadzane i nie mogę się doczekać, aż dotrą one do Polski.






Koniecznie dajcie znać, co Wy myślicie o generacji siódmej figurek Littlest Pet Shop i czy zamierzacie zaopatrzyć się w kilka sztuk.

Gdybyście nie wiedzieli, gdzie dostać je w Polsce, to koniecznie zajrzyjcie do Smyka. Czasem również można natknąć się na nie w innych sklepach na działach z zabawkami, takimi jak wcześniej wspomniany Carrefour czy nawet Biedronka. Oczywiście można również zamawiać z zagranicy, choćby na Amazonie, lecz wiadomo, że wówczas cena będzie znacznie wyższa.

Bukiet z rzeżuchy łąkowej

 


Witam!

Wiosna coraz bardziej się rozkręca i częściej mamy piękne, ciepłe dni. Uwielbiam to, że ptaki tak pięknie śpiewają, a dookoła latają pszczoły i trzmiele. Kiedyś bardzo się ich bałam, ale teraz aż tak mnie nie przerażają. Po prostu nauczyłam się, że jeśli będę je szanować, to w zamian dostanę to samo.

Ostatnio nie czułam się najlepiej i przez kilka dni miałam bardzo zły humor. Truddno było mi się zmusić do normalnego funkcjonowania i dopiero dziś zebrałam w sobie siły, by wstać. Wyszłam do ogrodu i przyszedł mi do głowy pomysł, żeby złożyć bukiet z kwiatów, które rosną dookoła.

Zaczęłam od zrywania tych, których było w mojej trawie najwięcej. Nie mam pojęcia, skąd się wzięły i czym były, ale uznałam, że są urocze. Dopiero potem dowiedziałam się, że to jest rzeżucha łąkowa.

Muszę Wam powiedzieć, że każdy mój kontakt z naturą sprawia, że czuję się bardziej ŻYWA. Tak naprawdę, naprawdę ŻYWA. Po tym, jak fatalnie się ostatnio czułam, zrobienie tego bukietu pozwoliło mi stanąć na nogi. Teraz z każdym dniem jest trochę łatwiej.

Naprawdę tego potrzebowałam. Takiego uziemienia i spowolnienia czasu. Poczucia, że wszystko jest w porządku, a Matka Natura jest tuż obok, by mnie przytulić. To naprawdę niesamowite.

Dajcie znać, czy Wy też lubicie się integrować z naturą!

Tylko miesiąc do matury


Kwiecień zaczął się już kilka dni temu, co dla mnie oznacza, że egzamin maturalny zbliża się wielkimi krokami. Teraz na pewno wiele osób bardzo się stresuje i jest jak na szpillach. Jestem w stanie to zrozumieć, bo społeczeństwo ciągle powtarza, że od matury zależy całe nasze życie. Co tak naprawdę wcale nie jest prawdą w pełni. Ale o tym pogadamy sobie innym razem.

Szczerze mówiąc, ja już nie mogę się doczekać, aż zacznie się maj. Bo jestem już tak zmęczona edukacją, że po prostu chcę już ją skończyć i mieć cały ten stres i presję za sobą. Nie mogę się doczekać, aż liceum stanie się dla mnie zaledwie wspomnieniem. Ciekawe, czy ten okres też będzie mi się wydawał tak nierealny, jak obecnie podstawówka.

Jeśli chodzi o moje przygotowania do matury, idą spokojnie. Już nie panikuję tak, jak kilka miesięcy temu. Powolutku rozwiązuję sobie arkusze, uczę się do ustnego języka polskiego.

Staram się mieć podejście w stylu: będzie co ma być, ale na pewno będzie dobrze. Bardziej bałam się egzaminu ósmoklasisty, który ostatecznie wcale nie był taki straszny. Podejrzewam, że w tym przypadku będzie podobnie.

Choć nie zależy mi na nie wiadomo jak wysokim wyniku, to chciałabym maturę po prostu zdać. Takie 30% mnie w zupełności usatysfakcjonowanuje.

Bo w tych czasach, najbardziej liczą się umiejętności, a nie papierki takie jak ten. Na przykład żeby udzielać korepetycji z języka angielskiego, wystarczy mi, że znam język. Naprawdę. Tak samo wszelkie artystyczne rzeczy.

Dla przykładu, mój brat obecnie pracuje jako montażysta zwiastunów gier i dźwiękowiec. Zarabia dobre pieniądze (tak myślę), a studia dopiero co skończył. I raczej nie planuję robić nic związanego ze swoim kierunkiem.

Rozumiecie, o co mi chodzi? No właśnie.

Będzie co ma być i będzie dobrze – tego się trzymajmy.

Nie lubię wczesnej wiosny



Witajcie!

Wiosna zaczyna się już rozkręcać, coraz więcej roślin kwitnie i robi się naprawdę pięknie. Uwielbiam to, że teraz jest tak cieplutko i można normalnie wyjść do ogrodu z książką, herbatką lub kawką i po prostu się zrelaksować. Generalnie, wiosna jest moją ulubioną porą roku.

Ale nie ta wczesna. Szczerze nie lubię wczesnej wiosny. Wkurza mnie, że pogoda jest taka zmienna i najpierw jest za gorąco, a potem nagle robi się za zimno. Nigdy nie wiem, jak mam się ubrać, bo na przykład w bluzie będzie mi gorąco, natomiast w krótkim rękawie zmarznę. I jak tu żyć?

Ale w tym roku wiosna nie jest moją ulubioną porą. Zaczęłam mieć straszną alergię na pyłki, kurze i inne dziadostwa. Przez to cały czas zatyka mi się nos i swędzą oczy. Nawet jeśli krople działają, to na dłuższą metę jest to po prostu męczące.

I to jest okropne, bo ja tak lubię kwiaty i zwierzęta. Nigdy wcześniej nie byłam alergiczką i czuję się zagubiona. Trochę nie wiem, jak mam sobie z tym poradzić. Jestem bezsilna i bezradna jak małe dziecko, które dopiero co przyszło na świat i poznaje go od zera.

Ale zatykający się nos chyba i tak jest lepszy, niż ciągły katar lub swędząca skóra, co?

Jestem ciekawa, czy u kogoś jeszcze alergia objawiła się tak nagle. Dajcie znać!

Hamilton, czyli najlepszy musical wszechczasów


Czy jest ktokolwiek, kto nie słyszał o Hamiltonie ani raz w całym swoim życiu? Jeśli tak, to teraz właśnie dowiadujecie się o jego istnieniu.

Ja już od paru lat zbierałam się, żeby w końcu obejrzeć ten musical i wreszcie zrozumieć, o vo w nim chodzi. No bo widziałam ten tytuł w tak wielu miejscach, że mimochodem w pewnym momencie musiałam zacząć się nad tym zastanawiać. W queerowych książkach, szczególnie tych Adama Silvera, jest go pełno. I nie tylko tam. Nawet moi znajomi mi o tym mówili.

Szczerze? Teraz trochę żałuję, że nie dałam temu szansy o wiele wcześniej.

Dobra, to zacznijmy od początku. O czym w ogóle jest ten musical?

No więc opowiada on on tytułowym Alexandrze Hamiltonie. A on jest jednym z założycieli Stanów Zjednoczonych, twórcą dolara amerykańskiego i generalnie politykiem. W musicalu śledzimy jego losy, bodajże od momentu przybycia do Nowego Jorku i aż do śmierci.

A ja uwielbiam w tym musicalu dosłownie wszystko. Piosenki są niesamowite i wpadają w ucho. Tancerze wymiatają na scenie, a nawet sam sposób przedstawienia historii jest boski. Zawiera wiele emocji, rozbawia i wydusza łzy.

Tak naprawdę to wcale nie spodziewałam się tego, że spodoba mi się aż tak bardzo. Przez pierwsze kilka minut nie byłam przekonana. Ale potem oglądałam z wielkim uśmiechem na twarzy. Kiwałam się do rytmu, śmiałam i komentowałam poczynania bohaterów. Tak, zdecydowanie się wczułam.

I nie mogę przestać słuchać tych pięknych piosenek. Nawet teraz, gdy piszę ten post, to na słuchawkach leci mi playlista. Coś pięknego.

A jeśli zastanawiacie się, gdzie możecie obejrzeć ten musical, znajduje się na Disney+. I zdecydowanie warto go zobaczyć, bo aktorzy wykonali kawał dobrej roboty. Mega podziwiam ich za to, że potrafili śpiewać i jednocześnie tańczyć, a głos im się wcale nie załamywał. Coś niesamowitego.

Tak, muszę zacząć chodzić do teatru.

Wracam do blogowania!


Hejo!

Już dawno mnie tutaj nie było, prawda? No więc przypomiałam sobie o tym blogu i znów mam ochotę go prowadzić. Ale tym razem skutecznie.

Ostatnio znalazłam kilka rzeczy, które teraz absolutnie mnie ekscytują. Musicale, podcasty, rośliny... No i chciałabym się tym z Wami podzielić. Właśnie po to jest ten blog – żebym mówiła o tym, co mnie ekscytuje.

Na szczycie tej listy jest wiosna. Pomijając pogodę sprzed kilku ostatnich dni, ta pora roku zaczyna się naprawdę pięknie rozkręcać. Znowu mogę słuchać świergotu ptaków, patrzeć jak kwitną kwiaty. Nawet zaczęłam uprawiać własne zioła w szklarence, takie jak bazylia, czarnuszka i kilka innych.

Jednak najbardziej nie mogę się doczekać, aż będzie na tyle ciepło, żebym mogła zrobić sobie piknik w ogrodzie. Mam taką specjalną matę piknikową, która jest nieprzemakalna i ciepła. W tamtym roku naprawdę często z niej korzystałam. Czytanie książek na pikniku ma naprawdę wspaniały klimat.

Dobra, a co Was ekscytuje w związku z wiosną? Koniecznie się tym podzielcie!

Początek jesieni i powrót anemii

    Jeszcze kilka dni temu było tak cudownie ciepło, a teraz nagle zrobiło się tak okropnie zimno. To chyba oznacza, że sezon jesienny już się rozpoczął. A wraz z nim częste deszcze i szarość przeplatana złotymi koronami drzew. Przynajmniej przez pierwszą połowę. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo nie lubię późnej jesieni. Jest taka zimna, ponura i beznadziejna.

źródło

    Ale jeśli mam być szczera, to w ogóle nie jestem zbyt wielką fanką jesieni. Zdecydowanie mniej jest rzeczy, które w niej lubię. Ale gdybym miała je wymienić, wskazałabym na pewno możliwość noszenia swetrów. Absolutnie kocham nosić swetry i bluzy. Na pewno bardziej, niż bluzki z krótkim rękawem. Wydają mi się wygodniejsze i chyba ładniejsze. Nie mogę też narzekać na piękne widoki we wczesnej jesieni. Spacer pośród drzew o złotych koronach jest czymś wspaniałym.

    Jednak ja jestem okropnym zmarzluchem, co zdecydowanie mi przeszkadza. Zdarza się, że nawet w lecie czasem chowam się pod kołdrą. Co zapewne jest związane z moją anemią. Która, swoją drogą, znowu wróciła. Miałam od niej parę lat przerwy, która właśnie się skończyła. W związku z tym dostałam leki. Ale korzystam również z naturalnych sposobów. Może macie ochotę, abym się nimi z Wami podzieliła?

    Jest mi trochę przykro z powodu moich złych wyników. Które jednak wyjaśniają mój ostatni spadek samopoczucia. Włosy zaczęły mi bardziej wypadać, kręciło mi się w głowie i ogółem byłam zdecydowanie bardziej zmęczona. Zwalałam winę na deszczową pogodę, która też na mnie wpływa. Leczę się na depresję, która jest jak jazda kolejką. Raz w górę, a raz w dół. A szarość za oknem zdecydowanie nie pomaga.

    Ignorowałam moje złe samopoczucie zdecydowanie zbyt długo. A gdy dostałam wyniki, dowiedziałam się, że poziom mojego żelaza jest dość mocno poniżej normy. Nie będę kłamać, trochę się tym zmartwiłam. Przez to nie poszłam do szkoły przez kilka dni, bo po pierwsze źle się czułam, a po drugie - musiałam odwiedzić lekarza rodzinnego, by dostać jakieś leki.

    Po tych dwóch dniach kuracji i picia ampułek, zaczynam powoli odczuwać skutki uboczne leczenia. Mój żołądek trochę na tym cierpi. Objawy mi się nieco nasiliły, dokładnie tak, jak ostrzegał lekarz. Ale niedługo ma mi się poprawić, więc w tej chwili potrzebuję zaopatrzyć się w więcej cierpliwości i pamiętać o przyjmowaniu lekarstwa.

    Obiecałam sobie, na zachętę, że gdy wyniki badań, które ponownie muszę zrobić za dwa miesiące, będą dobre, to kupię sobie jakąś książkę w ramach nagrody. Mój stosik niestety się skończył, więc to będzie dla mnie dobra motywacja, by o siebie zadbać.

    Trzymajcie za mnie kciuki!

Rutyna w walce z depresją

Choć dzisiejszy dzień jeszcze się nie skończył, już teraz mogę powiedzieć, że dla mnie jest on bardzo dobry. Pomimo tego, że musiałam wstać o 5:30, nie jestem aż tak zmęczona, jak się spodziewałam. Prawie rozpiera mnie energia i chęć do działania. Prawie.

źródło

Bo wiecie, odkąd zaczął się rok szkolny, ciągle jestem zmęczona. Jest mi trudniej ogarnąć pewne rzeczy i często brakuje mi czasu. Przez zbliżającą się maturę również nie mogę sobie pozwolić na robienie samych przyjemności.

Ale z drugiej strony, powrót tej rutyny jest dla mnie bardzo korzystny. Przez to, że choruję na depresję, bardzo trudno jest mi się zebrać do wstania z łóżka bez konkretnego powodu. A ten obowiązek codziennego wstawania i porannego spaceru na przystanek autobusowy jednak mnie do tego zmusza. Wymaga ode mnie, żebym choć trochę się ogarnęła i doprowadziła do porządku mój wygląd. Teraz już nie mogę chodzić przez cały dzień w piżamie, co przecież wcześniej zdarzało mi się niemal codziennie. Z jednej strony, czasem mi tego brakuje. Zaś z drugiej, kiedy wyglądam i czuję się ładnie, wszystko jest jakieś odrobinę łatwiejsze i przyjemniejsze. Takie satysfakcjonujące.

Poza tym, dzięki tej rutynie czuję się po prostu bezpiecznie. Wcześniej tak naprawdę każdy dzień był dla mnie walką o to, by w ogóle normalnie funkcjonować. Mój rytm dnia był zupełnie rozbity i nie potrafiłam się z tym ogarnąć. Często mnie to frustrowało i było po prostu męczące. Teraz jest zupełnie inaczej.

Wiem, że jeszcze będę narzekać na to, że każdy mój dzień wygląda prawie tak samo. Ale na tę chwilę się z tego bardzo cieszę. Cóż, przy okazji nie mam nawet czasu poświęcać czasu moim przykrym myślom.

Zawsze to jakiś plus, prawda?





Świeczkowanie czas zacząć!

Jesień powoli się rozkręca. A wraz z nią, najwyższy czas przywrócić ukochane rytuały zarezerwowane dla właśnie tej pory roku! Ja niesamowicie się z tego cieszę, a Wy?

Może porozmawiajmy sobie o naszych ulubionych jesiennych tradycjach

Jedną z nich jest właśnie świeczkowanie, jak lubię nazywać po prostu palenie świec zapachowych. One zdecydowanie kojarzą mi się ze złotą porą roku. Wydaje mi się nawet, że właśnie wtedy palenie ich jest najbardziej przyjemne.

Pamiętam, jak kiedyś miałam małą obsesję na punkcie zbierania zapachowych świeczek i posiadałam całkiem sporą kolekcję. Miały różne kształty, kolory i zapachy. Najbardziej lubiłam chyba leśną, bo rzeczywiście jej woń przywodziła na myśl towarzystwo drzew iglastych i odrobinę naturalnej wilgoci.

Natomiast nienawidziłam tej o zapachu bawełny. Przypominała mi mydło i była totalnie mdła i taka męcząca.

Teraz czuję nieodpartą potrzebę, by zdobyć świeczkę o zapachu cynamonu i kawy. Wydaje mi się, że te zapachy będą wręcz uzależniające i skończą mi się niezwykle szybko.

A jeśli chodzi o inną jesienną tradycję, jest to picie herbaty. Co prawda, piję ją przez cały rok, ale wiecie, w czasie lata czy wiosny sięgam po zupełnie inne smaki. Czarna i earl grey to moje ulubione. Jednak mam też taką, która jest zarezerwowana tylko i wyłącznie na jesień. A mówię o takiej, która smakuje jak jabłko z cynamonem.

Jest naprawdę niesamowita, nawet kiedy sprawia, że moje gardło piecze od ilości cynamonu. Choć to, jakby nie patrzeć, też jest tak dziwnie przyjemne. Na swój własny sposób. A poza tym, ona pachnie jak niebo i cudownie rozgrzewa. Będzie absolutnie wspaniała na chłodne, jesienne wieczory. No, na zimowe również.

W tym roku, czego nie robiłam nigdy wcześniej, chcę też zrobić bukiet z opadniętych, suchych liści. Kiedy już będą spadać, udam się na spacer i pozbieram najładniejsze. Im więcej będą miały kolorów, tym lepiej. Najbardziej chciałabym znaleźć liście klonu, bo jest to moje ulubione drzewo, a ich kształt jest po prostu najpiękniejszy. Ale wszystkie inne również przygarnę. Trzeba brać, co natura brała.

Gdy już będę mieć ich wystarczająco dużo, włożę je do wazonu i postawię w widocznym miejscu. Pewnie przy oknie.

Zrobienie czegoś takiego kojarzy mi się z "Anią z Zielonego Wzgórza". Nie pamiętam, czy ona też zbierała liście, ale wcale by mnie to nie zdziwiło.

Na mojej liście nie może oczywiście zabraknąć maratonów filmowych. Nie obchodzę Halloween w taki stereotypowy sposób. Nie przebieram się i nie zbieram cukierków ani nie imprezuję. Ale za to uwielbiam oglądać filmy. W wolnej chwili przygotuję sobie specjalną listę filmów, które obejrzę tej jesieni. I oczywiście się nią z Wami podzielę!

A teraz podzielcie się, jakie Wy macie jesienne zwyczaje!

Co dalej z tym blogiem?

Uwielbiam prowadzić bloga. Pisanie o rzeczach, które mnie fascynują jest naprawdę wspaniałe. Daje mi to radość i przede wszystkim umożliwia dzielenie się nią z innymi.

Ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać, jaki kształt powinnam nadać Tęczowym Myślom. Piszę tu tak naprawdę o wszystkom. A zdążyłam się już zorientować, że blogi wielotematyczne nie są zbyt popularne. O wiele lepiej wybijają się te skupiające się na jednej konkretnej dziedzinie.

Więc co dalej?

źródło

Nie żebym zamierzała zrezygnować z pisania tego bloga. Co to, to nie.

Ale muszę się zastanowić, jak chcę go dalej prowadzić. Fajnie by było, gdyby udało mi się go tak ulepszyć, by rzeczywiście ktoś chętnie do niego przychodził.

Jestem świadoma tego, że moje życie nie jest zbyt ciekawe. I wcale nie dziwię się innym, że nie chcą o nim czytać. Ale mój problem polega na tym, że nie potrafię znaleźć w nim tej jednej najważniejszej rzeczy, o której inni chętnie by czytali. Co prawda, kocham pisać i czytać książki, ale o tym mówię już gdzie indziej.

Zakładając Tęczowe Myśli, chciałam, aby było to miejsce, w którym mogę wyrazić siebie. Być sobą i dzielić się z innymi tym, co sprawia mi przyjemność. Przynajmniej udawać, że moje życie jest ciekawsze, niż naprawdę.

I chyba właśnie to robię. Dla siebie.

Myślę o tym, by od teraz na tym blogu skupiać się na opisywaniu moich doświadczeń i spostrzeżeń. Ewentualnych przygód czy wycieczek. W mojej głowie kłębi się wiele myśli, a ja chcę je wyrazić.

Gdybym miała ściślej określić, o czym teraz chcę tu pisać, wymieniłabym kilka rzeczy:
  • Przemyślenia na różne tematy
  • Ważne wydarzenia w moim życiu
  • Przygody, wycieczki i odrobina fotografii
  • Codzienne życie

Tak, wiem że część z tych tematów już pojawiała się na tym blogu. Ale teraz chcę mocno zwęzić tę listę. Od teraz Tęczowe Myśli będą moim swoistym pamiętnikiem i... Kto wie, może ktoś znajdzie oparcie w moich doświadczeniach, poczuje, że nie jest w nich sam.

Dajcie znać, czy będziecie czytać takie wpisy!

Zaczęłam klasę maturalną

No i stało się. Dziś zostałam maturzystką.

Nadal jest mi trudno w to uwierzyć. Nie mam pojęcia, kiedy minął cały ten czas. Przecież ja dopiero zaczynałam liceum!




Szczerze mówiąc, maturzystką wcale się nie czuję. Nie zaszła we mnie żadna magiczna zmiana, której mogłabym się spodziewać. Nie było fajerwerków ani nawet smutku.

Jedyne, co czuję w związku z tym, to lęk. Bo naprawdę boję się matury. Być może ona wcale nie będzie taka zła, jak wszyscy straszą. Ale właśnie. Przez to, że nauczyciele tak nią straszą, to w moich oczach urosła do rozmiaru przerażającej bestii.

Mówi się, że nie tak straszny diabeł, jak go malują. I ja mam nadzieję, że to prawda. Egzamin ósmoklasisty okazał się być w porządku. Więc może teraz będzie podobnie?

Ale najbardziej to ja chcę się już wydostać z tego... edukacyjnego absurdu.


 

Szybowisko w Bezmiechowej Górnej

Żeby wakacje nie mijały mi tylko i wyłącznie na siedzeniu w domu i nudzeniu się, wpadłam na pomysł małej wycieczki. Razem z kilkoma członkami mojej rodziny pojechaliśmy do Bezmiechowej Górnej, gdzie znajduje się szybowisko. Nie jest to mój pierwszy, ale też zdecydowanie nie ostatni raz w tym miejscu.


Poza oczywistym szybowiskiem, gdzie można oglądać start szybowców, w Bezmiechowej znajduje się również restauracja z hotelem. Jeszcze nigdy nie miałam okazji zostać tam na noc, ale kto wie, może kiedyś się uda.

Natomiast tamtejsza restauracja jest wspaniała. W menu znajduje się mnóstwo różnych dań oraz napojów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet tak wybredne osoby, jak ja. Cóż, zawsze wybieram najbezpieczniejsze opcje.

Dlatego standardowo wzięłam dla siebie naleśniki z czekoladą. Które są dosłownie przepyszne. Słodkie, ale nie do przesady, oraz puchate i mięciusie. A sposób, w jaki są podawane, jest absolutnie przepiękny. No sami zobaczcie.


Do tego wzięłam sobie również mrożoną kawę. To zabawne, na ciepło ona mi zupełnie nie smakuje. Właściwie to wcale nie jestem w stanie jej wypić, bo zwyczajnie nie wchodzi. A poza tym, ta mrożona była po prosty przepyszna.

Co ciekawe, wcale nie była słodzona. A mimo to bardzo mi smakowała, choć ja osobiście uwielbiam dodawać do niej cukru. Tutaj jednak wystarczyło wymieszać ową bitą śmietanę z kawą i smak stawał się jeszcze cudowniejszy.


Jeśli chodzi o sam wygląd tej restauracji, to jest ona bardzo klimatyczna i przytulna. Mocno kojarzy mi się właśnie z Bieszczadami. W środku znaleźć można pełno zdjęć i obrazów przedstawiających górskie zwierzęta jak i krajobrazy. Oraz oczywiście szybowce. W prywatnej sali stoi również prawdziwy piec kaflowy. I figura czarownicy.

Zrobiłam też zdjęcie jednej z lamp, bo jest ona absolutnie genialna.




Oczywiście zrobiłam też kilka zdjęć tych absolutnie niesamowicie przepięknych widoków. Kocham patrzeć na góry, więc to miejsce jest dla mnie istnym rajem. Dosłownie mogłabym tam spędzić wiele godzin i po prostu patrzeć w dal. I to byłoby pewnie najbardziej relaksujące zajęcie na świecie.



Miałam plan, żeby zabrać ze sobą matę piknikową i rozłożyć ją tam. I zdecydowanie bym to zrobiła, gdyby tylko nie było tak straszliwie gorąco. Trudno mi było znieść parę minut stania na słońcu, więc siedzenie tam dłużej zupełnie nie wchodziło w drogę.

Ale mam nadzieję, że kiedyś pogoda będzie odpowiedniejsza na to, bym mogła to zrobić. Piknik w takim miejscu byłby spełnieniem moich marzeń. Leżenie na miękkiej trawie, kąpanie się w cieplutkim słońcu i słuchanie dźwięków natury.

Cudowne, nie?

Moje muzyczne odkrycie

Czasami zdarza mi się, że zamiast spać w nocy, siedzę do późna i słucham muzyki. Jednocześnie nie robiąc nic konkretnego. Najczęściej po prostu wpatruję się w sufit albo śledzę tekst aktualnie odtwarzanej piosenki.

Najczęściej muzyka, której słucham, porusza mnie w jakiś sposób. Wydaje mi się ważna lub jej treść jest dla mnie szczególnie bliska. Wiecie, dotyka tych najdelikatniejszych strun w serduszku. Trafia w czuły punkt.

Dokładnie tak, jak teraz.

W takich chwilach dziękuję sobie, że jednak zainstalowałam TikToka. I że nie postanowiłam się go pozbyć. To prawda, że czasami za bardzo mnie pochłania i przez to życie przelewa mi się przez palce jak piasek.

Ale jednocześnie, dzięki niemu wiele się nauczyłam. Kocham profile, które tłumaczą naukowe pojęcia i zjawiska. Uwielbiam poznawać ciekawe historie, doświadczenia innych ludzi. A także dowiadywać się o rzeczach, które mogą mnie bardzo interesować.

Kiedyś Wam o tym opowiem. Ale na razie chcę skupić się na piosenkarzu, którego odkryłam dzięki TikTokowi.

screenshot z profilu piosenkarza na Spotify

Stało się to tak, że po prostu na stronie głównej tej właśnie aplikacji pojawił mi się filmik od Alexandra. Tam śpiewał fragment swojej nowej piosenki. A ja od razu się w niej totalnie zakochałam.

Niestety okazało się, że ta piosenka jeszcze nie wyszła. Specjalnie przeszukałam całe Spotify, użyłam Shazama i przejrzałam sekcję komentarzy, by się tego dowiedzieć. Wielka szkoda. Jednak będę z wielką niecierpliwością oczekiwać, aż wreszcie będę mogła odsłuchać pełnej wersji "i wish you cheated".

Wydaje mi się, że jedyny fragment tego utworu dostępny jest na TikToku. Nigdzie indziej nie udało mi się go znaleźć. A zapewniam Was, że jest naprawdę cudowny.

Linka do niego zostawiam Wam tutaj.



Mam ogromną nadzieję, że pełna wersja tej piosenki mnie nie zawiedzie. Że okaże się tak cudowna, jak "Pretty Devil" Alessandry. Ją akurat znam z Eurowizji, ale jej drugą piosenkę również usłyszałam po raz pierwszy na tej aplikacji. I również zakochałam się od razu.

To całkiem zabawne, ale i niesamowite, tak znaleźć swoich nowych ulubionych artystów zupełnie przez przypadek. Cóż, wierzę w to, że najlepsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy się ich najmniej spodziewamy. Dlatego nie warto gorączkowo czegoś wyczekiwać, a zamiast tego cierpliwie czekać, nie stojąc w miejscu. W moim przypadku się to sprawdza.

Dajcie znać, czy słuchaliście piosenek tego wykonawcy! I jakich artystów odkryliście zupełnie przez przypadek?

Moje ulubione podcasty

Ostatnio znów zakochałam się w słuchaniu podcastów na Spotify. Miałam od tego dość długą przerwę i ograniczałam się jedynie do muzyki. Ale kiedy z moich głośników leci wciąż jedno i to samo, to w końcu zaczynam mieć dość i potrzebuję jakiejś zmiany.

źródło

Po podcasty tym razem sięgnęłam głównie dlatego, że moja terapeutka dała mi właśnie takie zadanie domowe. Mianowicie, miałam odsłuchać sobie czegoś o zaczynaniu i prowadzeniu rozmowy. Oczywiście to zrobiłam. A potem jakimś sposobem trafiłam też na inne kanały.

Jednym z nich jest "7 metrów pod ziemią" Rafała Gębury. Tak naprawdę, poznałam go już bardzo dawno temu. Regularnie oglądałam jego kanał na YouTube i wręcz wchłaniałam te wywiady. Ale nie miałam pojęcia, że jest też na Spotify. Głównie dlatego, że, cóż, nie szukałam. Przyznaję się do tego.

W każdym razie, uwielbiam tego słuchać. W ciągu ostatnich trzech dni przesłuchałam co najmniej kilka odcinków. I dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, że nawet się nie spodziewałam, że jest to możliwe. To jest wiedza, której potrzebowałam, a nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Jak na razie moim ulubionym wywiadem jest ten z badaczem UFO. Serio, słuchając go byłam absolutnie zafascynowana. Osobiście wierzę, a wręcz jestem przekonana o istnieniu obcej cywilizacji. Bo wiecie, to by było bardzo samolubne myśleć, że jesteśmy sami. W tak ogromnym wszechświecie? To jest po prostu niemożliwe.

Ale chyba nigdy jakoś szczególnie nie szukałam informacji na ten temat. Nie dlatego, że mnie to nie interesowało. Chyba przez to, że jakoś nie było mi po drodze i też nie czułam takiej potrzeby. W związku z tym nie miałam pojęcia, jak mogą wyglądać kosmici ani ich życie. W związku z tym, dowiedzenie się tego było dla mnie niesamowitym odkryciem. Ciekawe jest to, że oni wszyscy wcale nie wyglądają tak, jak wszyscy sobie to wyobrażaliśmy. Nie mają kolorowej skóry, śmiesznych oczu ani czułków.

Ale więcej Wam nie powiem. Nie chcę za bardzo spoilerować.

Jeśli chodzi o inny podcast, którego słucham bardzo intensywnie już od dawna, jest to "Kryminatorium". Prawdziwe zbrodnie są fascynujące pod takim względem, że zagłębianie się w psychologię zbrodniarzy jest totalnie niesamowite. Wiecie, odkrywanie dlaczego zachowali się tak, a nie inaczej. I co doprowadziło do tego, że w ogóle dopuścili się takiego czynu. Po wielu odsłuchanych odcinkach jestem już w stanie co nieco powiedzieć na ten temat. Czynników jest naprawdę wiele. Ale jednym z chyba najważniejszych jest dzieciństwo. Większość morderców nigdy nie doświadczyło rodzinnego ciepła ani miłości, a często nawet wychowywali się w przemocy domowej. Ciekawe, co?

Jeśli słuchacie podcastów i macie do polecenia jakieś ciekawe, koniecznie podzielcie się w komentarzu!

Dopadł mnie zastój do wszystkiego

Ostatnio niemal wcale nie jestem w stanie zmusić się do robienia niczego produktywnego. Nawet, jeśli bardzo bym chciała, to brakuje mi na to siły i motywacji. Moje ulubione czynności i hobby, takie jak czytanie książek, oglądanie seriali czy pisanie, są gdzieś poza moim zasięgiem. Naprawdę nie potrafię zrobić niczego, by się tym zająć.

źródło

To trwa już ponad tydzień i dopiero teraz zaczęłam stawać na nogi. Najbardziej pomogło mi pisanie mojego dziennika. Bo tak na dobrą sprawę, często on jest jedyną rzeczą, która wyciąga mnie z łóżka. Co jak co, ale zdecydowanie wolę pisać przy biurku. Nie tylko dlatego, że tam jest mi o wiele wygodniej. Choć i to ma znaczenie. Raczej liczy się dla mnie to, że dzięki wychodzeniu z łóżka i pisaniu w wygodzie, moje pismo wygląda o wiele lepiej i schludniej. A ja dbam o to, żeby wnętrze moich dzienników było jak najbardziej estetyczne.

Wczoraj udało mi się także zrobić kolejny krok do przodu. Po dłuższej przerwie udało mi się napisać i opublikować post na Instagramie. Mam nadzieję, że to sprawi, że już całkowicie uda mi się wrócić do mojej social mediowej rutyny. Nie będę kłamać, że mi jej nie brakuje. Udało mi się tam zbudować naprawdę wspaniałą, kochaną i po prostu cudowną społeczność. Na którą mogę zawsze liczyć i która cieszy się ze wszystkiego, co robię. To jest dla mnie absolutnie niesamowite. I tak naprawdę nigdy bym nawet nie pomyślała, że moja decyzja, by założyć profil na Instagramie, da mi tyle radości i wsparcia.

Poza tym, nie udało mi się zrobić niczego więcej. Jednak chcę w najbliższym czasie wrócić do pisania mojej książki i mam nadzieję, że mi się to uda.

Tymczasem Wy dajcie znać, czy Was też czasem dopada taki zastój. Jak sobie z tym radzicie?

Wreszcie nowy dziennik!

Zapełniając kilka ostatnich stron w moim poprzednim dzienniku, trochę się już frustrowałam. Totalnie nie mogłam się już doczekać, aż zacznę nowy, który tak bardzo mi się spodobał. I dziś wreszcie się z nim pożegnałam, by zacząć wypełniać tą piękność!


Zaczęcie tego dziennika przyniosło mi nie tylko ulgę, ale i ogromną radość. Pisanie w nim sprawia mi o wiele więcej satysfakcji. I aż mnie kusi, żeby tylko siedzieć i zapełniać stronę po stronie. Nawet, jeśli akurat nie mam nic szczególnego do zapisania. Już i tak zapisałam kilka stron.

Oczywiście wciąż ozdabiam każdą ze stron naklejkami. Na dole pasek kolorowej taśmy, a potem w rogach pasujące kolorystycznie naklejki. Nie umiem robić tak pięknych i estetycznych stron, jakie można zobaczyć na przykład na Pintereście. Ale niezbyt mnie to obchodzi. Robię to tylko dla siebie i najważniejsze dla mnie jest to, żeby sprawiało mi to przyjemność. Taką, jaką sprawia już teraz.

Jeśli chodzi o poprzedni dziennik, prowadziłam go przez ponad trzy miesiące. Specjalnie dziś zapisałam na pierwszej stronie datę pierwszego oraz ostatniego wpisu. Dzięki temu, kiedy za kilka lat będę chciała odświeżyć sobie swoją przeszłość, będę wiedziała, od czego zacząć.

Muszę jeszcze tylko zorganizować sobie jakieś pudełko, w którym będę mogła trzymać wszystkie moje dzienniki. Chcę mieć w jednym miejscu. I najlepiej, żebym mogła z łatwością przenosić wszystkie naraz. Bo kiedy się wyprowadzę z domu rodzinnego, zamierzam wszystkie zabrać ze sobą. W końcu mają dla mnie wyjątkową wartość.

Koniecznie dajcie znać, czy Wy też prowadzicie dzienniki!

Pastelowy zestaw z Action - czy warto?

W jednym z poprzednich postów pokazałam Wam moje zakupy z Action. Wśród nich był pastelowy zestaw piśmienniczy. Obiecałam, że napiszę o nim swoją opinię. Zdążyłam już trochę go przetestować, dlatego najwyższy czas, żebym podzieliła się z Wami moimi odczuciami!

W zestawie znajduje się sześć długopisów kulkowych, sześć cienkopisów oraz sześć dwustronnych podkreślaczy. Co daje nam w sumie osiemnaście elementów. Jest to całkiem sporo. Zapłaciłam za to 17,95 zł, co według mnie jest bardzo dobrą i korzystną ceną. Zestaw zdecydowanie jest jej wart.

Mają obudowę z przyjemnego matowego plastiku, który dobrze leży w dłoni. Nie ślizga się w niej ani też szczególnie nie klei. Nie mam pojęcia, jak powinnam nazwać to, o czym myślę, więc zostanę przy tym określeniu.

Ta obudowa jest w dotyku tak przyjemna, że wręcz chciałabym ją ciągle głaskać. A to sprawia, że pisze mi się naprawdę bardzo przyjemnie.

Podkreślacze

Zacznę może od podkreślaczy. Jak już wcześniej wspomniałam, są one dwustronne. Jedna jest cienka i może służyć jako zwykły marker. Druga natomiast jest typowym podkreślaczem o ściętej końcówce. Przez to tak na dobrą sprawę można stwierdzić, że w zestawie mamy tak naprawdę aż dwadzieścia cztery elementy.

 

O wiele przyjemniej korzysta mi się z cienkiej końcówki. Pisze gładko i przyjemnie. I po prostu jest bardzo wygodna. Natomiast druga końcówka jest odrobinę... szorstka. Używając jej, czuję jak chrobocze po kartce. Co nieszczególnie mi się podoba. Dźwięk i odczucia nie są zbyt miłe.

Niemniej jednak, jakość jest naprawdę dobra. Tusz nie przebija na drugą stronę kartki, a jest naprawdę dobrze napigmentowany. I na kartce wygląda naprawdę dobrze. Niemal tak świetnie, jak pisaki z o wiele wyższych półek.


Być może nie zdołają przebić moich ukochanych podkreślaczy Stabilo. Jednak jestem naprawdę zadowolona z zakupu ich. Nadadzą się idealnie dla osób, które poszukują czegoś dobrego, a jednocześnie nie chcą przepłacić. Ja mogę zdecydowanie polecić.

Cienkopisy

Cienkopisy mają końcówkę o wiele mniejszą, niż się spodziewałam. Chyba jeszcze nie widziałam u żadnych aż tak cienkiej. Jednak ja mogę uznać to za plus. Wreszcie coś, co nie pisze identycznie do długopisu.


Nimi również pracuje mi się bardzo dobrze. Suną po kartce bardzo płynnie i gładko. Jestem nimi absolutnie zachwycona. I zdecydowanie stały się moimi ulubionymi cienkopisami ze wszystkich, jakie kiedykolwiek posiadałam.


Gdybym miała te szóstki ustawić na podium, cienkopisy zajęłyby dumne drugie miejsce.

Długopisy kulkowe

A teraz pora na mojego definitywnego faworyta. Czyli najwspanialsze na świecie długopisy kulkowe.

Nimi pisze się najprzyjemniej z całego zestawu. Jestem w nich absolutnie zakochana. Suną po papierze tak gładko i lekko, że praca nimi jest niesamowicie przyjemna.


Kolory także są piękne i intensywne. Nie wypluwają z siebie zbyt dużo tuszu, ale też go nie żałują. Piszą po prostu perfekcyjnie. Idealnie nadadzą się do rysowania drobnych rysunków no i oczywiście tworzenia pięknych nagłówków.


Raczej nie będę ich używać do zapisywania całych stron. Nie wiem, jak wygląda sytuacja z tuszem w nich. Dlatego wolę nie ryzykować, że zbyt szybko go zużyję. Bo i tak może być.

Na pewno dam Wam znać, jak sprawdzają się po dłuższym czasie użytkowania. Mam nadzieję, że będą działać tak świetnie, jak się to zapowiada. Jak na razie jestem bardzo pozytywnie nastawiona i zdecydowanie je polecam.

Tymczasem Wy koniecznie dajcie mi znać, czy posiadacie ten zestaw albo planujecie kupić!

Nowa figurka w mojej kolekcji

Wczoraj udało mi się spełnić jedno z moich malutkich marzeń i kupiłam swoją upragnioną figurkę LPS. Gdy tylko otworzyłam paczkę, zapomniałam o całym świecie. Jestem absolutnie przeszczęśliwa i teraz dziękuję sobie, że się na to zdecydowałam.

Krówka, którą tu widzicie, dostała ode mnie imię Toffi.

Jej kolory mocno kojarzą mi się z jakimś cukierkiem karmelowym, czy czymś w tym rodzaju. Dlatego uznałam, że to będzie idealne. A nazywając ją, poczułam w sercu to takie charakterystyczne uczucie. Takie, które pojawia się tylko wtedy, gdy wiecie, że to jest właśnie TO, jedyne i najlepsze. Mam nadzieję, że rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć.


Tę figurkę udało mi się znaleźć na Vinted w naprawdę dobrej cenie. Razem z przesyłką zapłaciłam za nią nieco ponad 20zł. Uważam, że to są grosze, szczególnie w obecnych czasach. Bo teraz te figurki, jako nieprodukowane już unikaty, potrafią kosztować nawet kilkaset złotych. To się tyczy głównie popów, ale inne kształty również nie należą do tanich.

Ta krówka była chyba jedną z najtańszych, jakie udało mi się znaleźć. A przejrzałam naprawdę wiele, wiele ofert. Kiedy mówię, że zapłaciłabym fortunę, żeby zdobyć petszopa, to... nie do końca tak myślę. Staram się nie wydawać wszystkich moich oszczędności na jedną rzecz.

Tym bardziej cieszę się, że kupiłam moją Toffi.


Gdy przeglądałam oferty na Vinted, to bardzo zależało mi również na jakości. Niektóre figurki, które widziałam, były w naprawdę fatalnym stanie. Brudne plamy (które da się zmyć bardzo łatwo) już przestały mnie zadziwiać. Ale brak niektórych elementów już trochę mnie zabolał.

Nawet nie umiem sobie wyobrazić, co właściciel musiał robić ze swoimi krowami, że straciły ogon albo całą farbę w którymś miejscu. Bo nie wydaje mi się, żeby to stało się podczas zwyczajnej zabawy.

Cóż, jestem trochę wyczulona na punkcie dbania o różne rzeczy. Róbcie sobie z nimi co chcecie, ale mi się to po prostu nie będzie podobać.

Moja krówka, gdy ją otrzymałam, była jedynie odrobinę zapruszona. I miała na tyle główki takie typowe plamki, które zostają po długim czasie użytkowania. Na szczęście, nie wyglądało to wcale tak strasznie i z łatwością mogłam się  tego pozbyć.

Użyłam magicznej gąbki, która bardzo skutecznie pozbyła się brudu. A jednocześnie nie uszkodziła farby. Trochę się bałam, że to mogło się stać, ale na szczęście wszystko jest w porządku. A Toffi, poza malusimi kropeczkami, wygląda niemal jak nowa.

Toffi od razu stała się moją najbardziej ulubioną figurką z całej kolekcji. Jest absolutnie prześliczna i cudowna. Kocham ją szczególnie dlatego, że krowy są moimi najbardziej ulubionymi zwierzętami ze wszystkich. I tak, to też był jeden z głównych powodów, dlaczego zaczęłam szukać takiej figurki.

I cieszę się, że jest już w nowym domku.

A naszyjnik, który widzicie na jej szyi, zrobiłam dla niej własnoręcznie. Chciałam, żeby miała jakąś ładną ozdobę. Więc stworzyłam go specjalnie dla niej i tylko dla niej. Kolory oczywiście wybrałam tak, żeby pasowały do jej oczu. Myślę, że wygląda z nim całkiem ładnie.

Co myślicie?

Wycieczka do Action - co kupiłam?

Bardzo lubię sklep Action i żałuję, że jest tak daleko ode mnie. Można tam znaleźć wiele naprawdę świetnych rzeczy. Istnych perełek w dobrej cenie.

Myślę, że każdy się tam doskonale odnajdzie. Zarówno osoby kreatywne, poszukujące przyborów, jak i miłośnicy sprzątania, pięknych kubków czy też dzieci.

Ja również znalazłam tam kilka ciekawych rzeczy. Jesteście ciekawi, co kupiłam?


Pierwszą rzeczą, z której cieszę się chyba najbardziej, jest taki zestaw piśmienniczy. Zawiera on podkreślacze, cienkopisy oraz chyba długopisy kulkowe. Potrzebowałam czegoś takiego, ponieważ intensywnie prowadzę dziennik i uwielbiam wypełniać go kolorami.

Na tym blogu niedługo pojawi się moja recenzja tego produktu!


Wzięłam też dwa prześliczne notatniki. W środku mają kropki, a ich papier w dotyku jest bardzo przyjemny. Palce mam już wyczulone na grubość i jakość kartek. Dlatego jestem prawie pewna, że będą idealne pod większość mazaków i atramentów. Raczej nie spodziewam się, że będzie przebijać.

Jedyny minus jest taki, że są tak piękne, że pewnie będą mnie kusić. A przecież nie mogę zacząć nowego dziennika, kiedy już jestem w trakcie innego...


Zaopatrzyłam się również w cztery zestawy takich ślicznych naklejek. Uwielbiam ozdabiać strony dziennika i zużywam ich naprawdę dużo. A były przyjemnie tanie, więc nie mogłam sobie ich odmówić. Absolutnie nie żałuję ich zakupu.


Teraz przechodzimy do sekcji kosmetycznej.

Nigdy wcześniej nie kupowałam żadnych kosmetyków ani tym bardziej maseczek w Action. Dlatego zupełnie nie wiem, czego powinnam się po nich spodziewać. Mam dość delikatną i wrażliwą skórę twarzy, która jest podatna na uczulenia. Odrobinę się boję, jak ona zareaguje na te maseczki. Jednak mam nadzieję, że się na nich nie zawiodę.

Kupiłam dwie w płachcie, ale akurat mam zdjęcie tylko jednej. Pierwsza, którą możecie tu zobaczyć, jest truskawkowa i działa rozświetlająco i chyba odżywiająco. Druga jest bardzo podobna i działa niemal tak samo. Jedyna różnica polega na tym, że tamta jest borówkowa.

Skusiłam się też na żelowe płatki pod oczy. Nigdy wcześniej żadnych nie używałam, więc tutaj nie będę miała żadnego porównania i tym bardziej nie mam pojęcia, czego oczekiwać. Ale zobaczymy, mam nadzieję, że będzie przyjemnie.

Ostatnią już rzeczą z tej kategorii jest maseczka z różowej glinki z dodatkiem wody różanej. Absolutnie uwielbiam wszystko, co ma w sobie węgiel aktywny albo właśnie jakąkolwiek glinkę. Zauważyłam, że większość takich kosmetyków naprawdę dobrze mi się sprawdza. A moja buzia wygląda po nich wspaniale. Mam nadzieję, że tak będzie i tym razem.

  

Gdy zobaczyłam te kokardkowe spinki do włosów, to od razu się zakochałam. Zawsze marzyłam o takich ozdobach i wreszcie udało mi się je zdobyć. Dostępne były różne kolory, ale ja wybrałam właśnie te. Chciałam, aby możliwie jak najbardziej do siebie pasowały i żebym mogła je ze sobą łączyć. A poza tym, te wersje kolorystyczne najbardziej mi się spodobały.

Już teraz mogę powiedzieć, że są bardzo dobrej jakości. Wcześniej miałam do czynienia z taką spinką, ale z innego sklepu. I bardzo trudno było ją w ogóle otworzyć. Nie mówiąc już o tym, że nie wyglądała szczególnie super.

Natomiast te są genialne. Spinkę otwiera się bardzo łatwo i nie potrzeba do tego większego wysiłku. A mimo to, trzymają się na włosach bardzo dobrze. No i wyglądają świetnie.


A teraz trochę jedzenia. Dział z przekąskami w moim Action jest naprawdę ogromny i uwielbiam tamtędy przechodzić. Zawsze znajdę coś, co wygląda bardzo pysznie i po prostu nie mogę się oprzeć. 

Tym razem na spróbowanie kupiłam ciasteczka bounty. Już ich spróbowałam i mogę je szczerze polecić. Są słodkie, ale nie mulą. A czekolada nie tłumi smaku przepysznego kokosowego nadzienia. Tak właściwie, jest to trochę lepszy batonik bounty, który na dobrą sprawę różni się jedynie kształtem.

Wzięłam też na spróbowanie krakersy paprykowe. Uwielbiam chrupajki tego typu, więc czemu by nie.

Nie mogłam również nie kupić dwóch produktów, które są czymś obowiązkowym na mojej liście zakupów w Action. Biorę je za każdym razem, gdy tam jestem. Czyli oczywiście zielona herbata z miodem Arizona. Oraz ciastka karmelowe, które kładzie się na kubku z gorącym napojem. Wtedy ten karmel się troszkę topi i ciągnie, a ciasteczka robią się mięciutkie. Uwielbiam to i serdecznie polecam.


   

Tutaj mam dwie rzeczy, dla których nie do końca potrafię określić odpowiednią kategorię. Foliowy płaszcz przeciwdeszczowy, który będę ze sobą zawsze zabierać. To się bardzo przyda, jeśli gdzieś pójdę i zacznie padać, a ja przypadkiem zapomnę parasolki.

No i skusiłam się też na piłeczkę antystresową do ściskania. Chcę móc czymś zająć sobie ręce, kiedy będę na przykład oglądać film. Strasznie nie lubię, kiedy nie mam co z nimi robić. I wtedy nawet najciekawszy film nie pokona mojej frustracji.

 

Na półkach Action jest naprawdę dużo pięknej ceramiki. Jak dotąd, za każdym razem kupowałam tam jakiś kubek i teraz nie mogło być inaczej. Znalazłam taki prześliczny żółciutki. Jest mniej więcej wielkości mojej dłoni. Czyli dość mały. Wydaje mi się, że będzie o połowę mniejszy, niż standardowa szklanka o pojemności 250 mililitrów. Jest dla mnie idealny, będzie perfekcyjny na moją kawę.

Kupiłam też dwie takie... Hm, sama nie do końca wiem, jak to określić. Jedno jest miseczką, a drugie chyba czymś w rodzaju kubka bez ucha. Nie jestem pewna, ale na pewno są prześliczne. Zamierzam wykorzystać je raczej do serwowania przekąsek.



Ostatnią już rzeczą, którą zakupiłam, jest taka podstawka na laptopa. Już od dawna szukałam czegoś takiego i cieszę się, że wreszcie udało mi się to znaleźć. Jest składane, więc myślę, że można to z łatwością wszędzie zabrać. I chyba ma regulowaną wysokość.

Jest to szczególnie przydatne przy laptopach, które mocno się grzeją. Na przykład Asusach. Nie jest to co prawda podkładka chłodząca. Jednak zapewni odpowiednią cyrkulację powietrza w laptopie. Wiatraki w jego wnętrzu nie będą zasłonięte, a co za tym idzie - chłodzenie go będzie łatwiejsze.



Co myślicie o zakupach, które zrobiłam? Używaliście któryś z tych produktów albo macie zamiar się w nie zaopatrzyć?

Koniecznie dajcie też znać, jakie rzeczy stamtąd polecacie!